Jest 21 sierpnia 2023, tuż po południu. Właśnie wspięliśmy się na górę Laila, z gruzińskiego Lahili, najwyższy szczyt Gór Swaneckich, leżących w środkowej części Wielkiego Kaukazu. A dokładnie weszliśmy na południowy wierzchołek mierzący 4009 m n. p.m. z dwuwierzchołkowego szczytu Laili. Góra zbudowana jest ze skał osadowych i jej kopuła szczytowa teraz latem jest bardzo krucha. Z kolei zdecydowana większość obszaru wokół, poniżej szczytu zajmują lodowce. Imponujący widok roztacza się na Lodowiec Lahili (Laila) o długości 5 km, po którym mozolnie wspinaliśmy się od mniej więcej północy. Jest wczesne popołudnie i wszyscy jesteśmy zmęczeni. Siedzimy chwilę na samym szczycie i próbujemy podziwiać widoki pojawiające się co jakiś czas gdy tylko gęste, niepokojące, ołowiane chmury otulające szczelnie szczyt choć trochę się rozrzedzą lub podniosą. Lodowiec jest bardzo mocno uszczeliniony, ale w takiej pogodzie z perspektywy szczytu grozy tych szczelin teraz prawie nie widać.
Przez pierwsze 2 dni wspinaczki na Lailę, gdy byliśmy niżej szlak był zwykle dobrze widoczny, a wijąca się przez góry ścieżka całkiem wyraźna. Choć nawet tam orientacji nie ułatwiał nam fakt, że ścieżek jest sporo bo oprócz turystów, wędrowców i wspinaczy żądnych zdobycia szczytu, w tych górach pasą się też krowy wydeptujące tu swoje własne trasy. Wyżej, szczególnie w newralgicznych miejscach jak moreny i sam lodowiec oznakowanie okazało się bardzo słabe i wielokrotnie traciliśmy pewność co do kierunku.
Tuż przed świtem, zaraz po wejściu na lodowiec, wyprzedziła nas mknąca jak rącze kozice trzyosobowa ekipa bardzo młodych i sprawnych gruzińskich wspinaczy. Przeskakiwali szczeliny i wystające z lodowca mniejsze skały z lekkością koników polnych. Po chwili rozmowy z nimi odnieśliśmy wrażenie że znają trasę na pamięć, więc uznaliśmy że, mamy niezły fart bo będziemy mogli iść spokojnie po ich śladach. Niestety parę godzin zobaczyliśmy jak nagle radykalnie zmienili trasę, więc okazało się, że choć byli bardzo sprawni i szybcy to jednak przecenili swoje kompetencje jeśli chodzi o orientację w terenie. Gdy zwinni Gruzini pogubili drogę, wykonali spektakularny trawers. Nie mieliśmy wyjścia i ruszyliśmy za nimi. Żeby dotrzeć do szczytu czekał nas ten sam morderczy trawers po bardzo stromej ścianie lodowej. Zarówno średnia sprawność naszej grupy jak i kompetencje do tego typu wspinaczki były znacznie niższe niż naszych przypadkowych gruzińskich przewodników. Bo jeszcze o tym nie wiecie, ale oprócz bardzo doświadczonego w wysokogórskich przeprawach mojego przyjaciela Romana i bardzo nieznacznie doświadczonej wysokogórsko mnie – w naszej czteroosobowej ekipie jedna osoba nigdy wcześniej nie używała czekana, a 2 kolejne osoby nigdy dotychczas nie musiały wspinać się dbając o to, by przy każdym ruchu mieć zawsze zakotwiczone w lodzie 3 punkty podparcia z 4 możliwych do wyboru: 2 raki na nogach, czekan i kij trekingowy.

Ale te wyzwania już za nami. Udało nam się. Jesteśmy na Laili. Można by powiedzieć, że zdobyliśmy szczyt, choć ja zawsze myślę że szczyty nie są nigdy zdobywane, one tylko czasem łaskawie pozwalają na sobie posiedzieć niektórym fanatykom gór. I teraz pijemy herbatę z termosów które nam zostały, bo godzinę wcześniej jeden utraciliśmy po tym jak wyśliznął się z niedopiętej kieszeni plecaka Romana i z zawrotną prędkością najpierw sunął po lodzie a potem zaczął odbijać się od skał i lodu by w końcu spektakularnie roztrzaskać się na naszych oczach i zniknąć w rozpadlinie górskiej. Przegryzamy prowiant, który tu przynieśliśmy, żartujemy, próbujemy robić zdjęcia pomimo opatulającej nas chmury i cieszymy się z właśnie objawionego nam tu zasięgu telefonii komórkowej, wysyłając wiadomości do bliskich, po tym jak od prawie 3 dób byliśmy totalnie odcięci od łączności ze światem.
W pewnym momencie Roman daje sygnał do zakończenia tego wysokogórskiego popasu na malusieńkim gruzowisku skalnym wysoko w chmurze. Jest już stosunkowo późno a przed nami mozolne zejście. Ruszamy sprawnie i posuwamy się ostrożnie w dół, dbając by lina która nas łączy ani się pomiędzy nami nie napinała, ani nie była zbyt luźna. Idziemy dość wolno bo w takich warunkach tempo dyktuje zawsze najwolniejszy pieszy z całej ekipy. A tu daje o sobie znać nie tylko zmęczenie ale i odzywa się kontuzjowane kolano jednej z osób. Gdzieś w połowie zejścia uświadamiamy sobie z całą mocą, że ponieważ Gruzini zeszli kilka godzin wcześniej a w palących promieniach sierpniowego słońca lodowiec szybko się topi, to ich ślady będą coraz mniej widoczne. A właściwie już są niewidoczne. I w pewnym momencie ślad znika zupełnie i znajdujemy się w miejscu które wydaje się bez wyjścia – do przodu nie da rady bo zaczynają się skały i osuwisko, odwrót skąd przyszliśmy też nie jest żadnym rozwiązaniem, po lodowcu płynie coraz więcej wody, jest zbyt stromo i zbyt ślisko by zejść w dół a z góry co chwilę odrywają się fragmenty skał i spadają w naszym kierunku. Grozy dodaje fakt, że robią to też z coraz większą częstotliwością.
Musimy się przemieścić w bezpieczniejsze miejsce i to szybko. Naszym celem staje się znajdujący się jakieś 100-120 m poniżej, z lewej strony cypel skalny wyrastający z lodowej ściany. Po pierwsze wokół niego lód wydaje się znacznie bielszy więc odłamki lecące z góry tam nie dolatują a po drugie zaraz poniżej tych skał zaczyna się wypłaszczenie, które powinno sprowadzić nas na właściwą trasę.
Po szybkiej burzliwej dyskusji decydujemy się na jedyne wyjście, które w ogóle nie wydaje mi się wtedy rozsądne – ale nie mam ani lepszego ani w ogóle żadnego mającego jakikolwiek sens, więc się na nie godzę.
Rozwiązanie polega na tym, że będziemy pojedynczo powoli „zjeżdżać” z końcem liny przywiązanym do uprzęży. Roman zaś będzie kontrolował tempo wydawania liny i będzie w ten sposób asekurował każdą z osób, aby każdy z nas dotarł do tego wydającego się w miarę bezpiecznym przyczółka skał. Cała lina ma co prawda tylko 80 m i nie sięgnie do cypla, ale liczymy że stamtąd będzie już łatwiej zejść bez asekuracji. Potem lina wraca na górę wciągnięta przez Romana i kolejna osoba schodzi w ten sposób nas. Dość istotnym mankamentem tego rozwiązania jest dla mnie fakt, że na koniec Roman będzie musiał zejść sam, bo nawet jeśli zejście każdej z pozostałych osób pójdzie świetnie, to z miejsca gdzie my wtedy będziemy, nie będziemy mieć żadnej szansy pomóc Romanowi w jego zejściu.
Po kilkudziesięciu minutach naszej trójce udało się jakoś dotrzeć na płaski kawałek lodowca z dala od spadających na głowę skał. Obyło się bez większych urazów – tylko kilka upadków i lekko krwawiących i piekących, ale płytkich otarć i ran. Stoimy w bezpiecznym miejscu i z zapartym tchem obserwujemy Romana. Patrzenie na przyjaciela, który jest w ogromnym niebezpieczeństwie jest trudne. Patrzenie na przyjaciela, który zmaga się z zagrożeniem, z którym pól godziny temu pomógł tobie sobie poradzić i bezpiecznie sprowadził cię ze ściany skalnej – jest jeszcze trudniejsze. Patrzenie na realne zagrożenie życia twojego przyjaciela, gdy nijak nie możesz mu pomóc – jest okrutne.

Kiedy po najdłuższym kwadransie w moim życiu, Roman stanął obok nas, byłam szczęśliwa. Przez chwilę czułam, jakby już nic złego nas nie czekało. A czekało, bo ślad pozostawiony przez Gruzinów albo już zniknął totalnie w zmieniającej się w konsystencję kaszy wierzchniej warstwie lodowca – albo też – co było bardzo prawdopodobne – został pozostawiony w całkiem innym miejscu lodowca Lahili. Przez kolejne parę godzin kluczyliśmy miedzy coraz groźniej wyglądającymi szczelinami. Stawaliśmy się coraz bardziej zmęczeni, zirytowani, chwilami traciłam nadzieję, że w ogóle znajdziemy drogę do „domu”. Domu – czyli kilku namiotów rozbitych gdzieś pośród imponujących łopianów, w odległości kilku kilometrów stąd, w małej dolinie, niedaleko strumienia.
Oszczędzę wam opisu tej nużącej wędrówki w bezbrzeżnym labiryncie szczelin lodowcowych bo nie o tym jest ten artykuł.
Kilka godzin później w końcu znaleźliśmy właściwą drogę i zeszliśmy z lodowca. Serce zabiło mi szybciej gdy nagle oczom mym ukazał się w oddali, ogromny i bardzo osobliwy głaz o znajomym kształcie, który był dla mnie niczym potężny neon z napisem „dom”. Bo wiedziałam że za tym głazem jest morena, a za nią będzie strumień, a za nim mój namiot wśród łopianów. Teraz już mogłam ściągać raki i dopiero teraz, na „suchym lądzie” łzy poleciały mi z oczu obfitym strumieniem. Rzuciłam się Romanowi na szyję. Dopiero teraz. Bo choć od wielu godzin niosłam w sobie radość, że przeżył zetknięcie z tą okropną stromą górą to wciąż był we mnie też potężny strach czy on na pewno wróci cały i zdrowy do swojej żony Barbary i ich czwórki dzieci. Więc nie zapeszałam, choć przecież nie jestem przesądna. Ale góry znowu mnie czegoś o sobie nauczyły i tym razem pokazały mi że jednak jestem i to nawet bardzo przesądna.

Kolejne kilka dni były dla mnie bardzo trudne i skrajne. Chwilami myślałam, że już nigdy nie wrócę w wysokie góry, potem znowu miałam myśli – że tak, wrócę, ale już nigdy nie będę w górach z kimś kto jest mi tak bliski, nie pojadę tam z przyjacielem. Nie oceniajcie mnie proszę i nie krzyżujcie za to co wtedy działo się w mojej głowie, ale wtedy wydawało mi się, że najlepiej byłoby pójść w góry z kimś kogo się wynajmuje i mu się po prostu płaci za usługi.
Dopiero po paru dniach zdobyłam się na szczerą i otwartą rozmowę z Romanem i szczerze opowiedziałam mu o tym, co przez ten czas czułam, i jakie mam wnioski.
Wydawało mi się wtedy, że się z nim dzielę najgłębszymi i najintymniejszymi przestrzeniami mojej duszy. Tak to wtedy widziałam. A Roman ku mojemu zaskoczeniu w typowy dla siebie drwiący sposób, nie tylko nie zrozumiał ale – co było znacznie bardziej dotkliwe – obśmiał logikę mojego braku konsekwencji. To mnie wtedy nie tylko zabolało – bo to na pewno, ale i rozwścieczyło do żywego.
Roman powiedział:
„Czyli najbardziej wkurza cię Iwo to, że czułaś się tam w tych górach bezbronna i nie mogłaś mi pomóc. Ale jednocześnie mówisz mi, że w sumie jakbyś mi płaciła to byłoby to ok? Ale czy ty zdajesz sobie sprawę ile razy w moim życiu przez to co ty mi mówiłaś to ja czułem się bezradny i bezbronny? Ile razy otwierałaś przede mną zupełnie nowe horyzonty rozumienia siebie, moich bliskich, świata? Ile razy ja czułem się potem wdzięczny tobie za to, że lepiej rozumiem siebie lub innych ludzi? Ile razy ja czułem się uratowany?
Nigdy nie chciałem ci za to płacić. Bo bym nie umiał i oboje wiemy, że ty byś zresztą pieniędzy ode mnie za to nie przyjęła. Ja przez wiele lat moich górskich wędrówek podnosiłem swoje kompetencje wysokogórskie i to, co dla Ciebie jest w górach samobójstwem, dla mnie mnie jest trudnym ale realizowalnym zadaniem. To z kolei co dla mnie bywało w temacie relacji ludzkich i emocji – cudem, objawieniem, czy magią – dla ciebie jest tylko podstawową psychologiczną rozmową. Niczym wielkim. Drobiazgiem. Jak byś się czuła jakbym wtedy, kiedy po tym jak ze mną parę godzin rozmawiałaś, chciał Ci za to zapłacić gotówką? Znam cię – wściekłabyś się na sam pomysł. Żartujesz często, że terapeuci nie byliby w ogóle potrzebni, gdyby każdy człowiek miał chociaż kilku życzliwych i uważnych przyjaciół. Bo prawdziwi przyjaciele nie płacą sobie za rozmowę, a terapeuta to taki przyjaciel za pieniądze.
Teraz w górach ja ratowałem twoje życie. Bo ja umiem w góry. To moje kompetencje. Tutaj czuję się odpowiedzialny i za moje i za twoje życie i za życie każdej osoby z którą tu razem przychodzimy.
I jak ty mi teraz mówisz o swoim długu wdzięczności i o tych wszystkich pierdołach związanych z twoim dyskomfortem jaki tam na Laili przeżyłaś to mnie po prostu po ludzku wkurwiasz.
Wiele razy czułem, że mi rozmowa z tobą ratuje rodzinę więc gdy w końcu ja mogę się odwdzięczyć to ty przez 3 dni pierdolisz o tym, jak ty się źle czujesz z tym, że przez chwileczkę nie miałaś żadnej iluzji kontroli nad życiem, nad którym i tak nikt z nas nie ma nigdy żadnej realnej kontroli.
A już jak mi teraz mówisz ze wolisz komuś płacić za chodzenie razem z tobą w góry niż chodzić ze mną bo to za duży dług do uniesienia – to myślę że jesteś straszną hipokrytką.”
Zajęło mi parę dni żeby przetrawić to co wtedy usłyszałam.
Zajęło mi parę tygodni żeby zrozumieć, że to co wtedy mówiłam było faktycznie straszną hipokryzją.
Zajęło mi jeszcze więcej czasu by przeprosić za tę moją hipokryzję i powiedzieć Romanowi, że jeśli będę kiedykolwiek miała wybór czy jechać w góry z nim czy z kimś obcym to zawsze wybiorę jego.
Bo każda dobra relacja jest zbudowana na zdrowej współzależności. Związki zawsze są zarówno o dawaniu i o braniu. Trzeba umieć dawać ale i umieć dostawać. Mnie dużo łatwiej jest dawać niż brać i nigdy wcześniej nie uświadamiałam sobie, że to duży problem ani jaki to jest potężny bloker relacyjny.
A prawdziwa przyjaźń jest o kompatybilności. O uzupełnianiu się.
Trzeba oczywiście mieć wspólne najważniejsze wartości by przyjaźń się udała. Ale kompetencje warto mieć różne, najlepiej uzupełniające się. Tylko wtedy będzie to naprawdę wartościowa przyjaźń, a nie obłudne kółeczko wzajemnej adoracji lub ciągła rywalizacja pełna pasywnej agresji.
I my z Romanem jesteśmy szczęściarzami, którzy umieją się przyjaźnić.

Chociaż kiedy poznaliśmy się 20 lat temu w pracy, na moim pierwszym treningu outdoorowym, żadne z nas nie przeczuwało, że w tej znajomości jest potencjał na przyjaźń trwającą dekady. Nie mieliśmy pojęcia, że ta przyjaźń zbliży kiedyś całe nasze rodziny, połączy i wymiesza nasze przyjacielskie klany i nas samych zmieni. Choć od razu poczuliśmy do siebie ludzką sympatię to wtedy oboje wydawaliśmy się sobie ekstremalnie dziwni.
Nie wiem kiedy dokładnie ta nić sympatii zmieniła się w szczerą przyjaźń – nie pamiętam czy to było 17, 15, czy 14 lat temu. To się budowało powoli. Nie umiem opisać co i w jaki sposób sprawiło, że prawie dziesięć lat temu żona Romana postanowiła notarialnie uczynić mnie jedyną opiekunką prawną swoich dzieci, jako rodzaj ubezpieczenia na wypadek ewentualnej tragicznej śmierci jej i Romana. Ale wiem, że to był ogromy przywilej jakim zostałam obdarzona, który mnie i zszokował i poruszył do głębi.
Wiele osób obawia się łączenia przyjaźni z pracą lub wręcz otwarcie zniechęca do zaprzyjaźnienia się w pracy. Nasza przyjaźń z Romanem zaczęła się w pracy, a dziś to jedna z najsilniejszych i najwartościowszych znajomości w moim życiu. I od lat z radością łączymy przyjaźń z pracą.
Wspólnie tworzymy programy szkoleniowe dla klientów u których w zespołach ewidentnie brakuje współpracy i zaufania. My pokazujemy czym jest zaufanie, współpraca, zaangażowanie, przyjaźń i radość z pracy na naszym własnym przykładzie. Bo my naprawdę wierzymy w to co robimy. Każdemu życzę takich relacji w pracy.





